Inne

08.03.2019 aktualizacja 09.03.2019

10 lat temu zmarł prof. Zbigniew Religa

 Kierownik Wojewódzkiego Ośrodka Kardiologii (Śląskie Centrum Chorób Serca) doc. Zbigniew Religa. Zabrze 10.1985 r. PAP/St. Jakubowski Kierownik Wojewódzkiego Ośrodka Kardiologii (Śląskie Centrum Chorób Serca) doc. Zbigniew Religa. Zabrze 10.1985 r. PAP/St. Jakubowski

10 lat temu, 8 marca 2009 r., zmarł prof. Zbigniew Religa – jeden z najwybitniejszych polskich kardiochirurgów. Pierwszy w Polsce przeprowadził udany przeszczep serca, pracował także nad sztucznym sercem. Był również senatorem, ministrem zdrowia i posłem.

Urodził się w 1938 r. w Miedniewicach, niedaleko Żyrardowa. Czas i miejsce nie wróżyły dobrze, ale zarówno okres wojny, jak i pierwsze lata powojenne nie pozostawiły w pamięci przyszłego lekarza żadnych poważniejszych blizn. Być może wpłynęła na to atmosfera jego rodzinnego domu – jeśli wierzyć późniejszym wspomnieniom – bardzo ciepła, z bliskimi relacjami łączącymi zarówno rodziców z jedynym synem, jak i ich samych wzajemnie. 

„Byliśmy rodziną, która bardzo się kochała. Tę miłość bardziej okazywała matka niż ojciec. I to nawet w sensie dosłownym – przytulała mnie. To była fantastyczna osoba. Trudno mi do dziś o niej mówić” – przyznawał Zbigniew Religa w wywiadzie udzielonym Krystynie Bochenek i Dariuszowi Kortce w 2003 r.

Nie wiadomo jednak, jak potoczyłyby się jego dalsze losy, gdyby dorastał w Miedniewicach. Jego ojciec był tam dyrektorem szkoły, najwyraźniej dobrym, skoro po wojnie zaproponowano mu najpierw posadę w Skierniewicach, później zaś, w 1948 r., w Warszawie, gdzie na Żoliborzu dorastać będzie Zbigniew. 

Jako nastolatek nie myślał jeszcze o medycynie. Był krewkim i porywczym chłopakiem z niewielkiej miejscowości, targanym żywiołowym temperamentem. Można tylko się domyślać, jak wyglądało wówczas jego życie pozaszkolne i towarzyskie, zawsze jednak znajdował również czas na czytanie książek. Interesowała go szeroko rozumiana humanistyka, miał też duży pociąg do filozofii, którą chciał studiować. To, że ostatecznie poszedł na medycynę, było wyłącznie zasługą rodziców. Jak przyznawał – ojciec przekonał go względami czysto praktycznymi: bycie lekarzem miało gwarantować po prostu „pewny kawałek chleba”.

Wyboru tego nigdy nie żałował, zwłaszcza że już na studiach okazał się w kwestiach medycznych prawdziwym talentem, ale zapytany po latach o to, kim by był, gdyby lekarzem nie został, odparł: „Wydaje mi się, że poszedłbym śladami Jacka Kuronia. Tak by się to prawdopodobnie skończyło. Filozofia w połączeniu z polityką, ze sprawami społecznymi”.

Chirurg w Ameryce

Religa ukończył medycynę w 1963 r., a pracując kilkanaście kolejnych lat w Szpitalu Wolskim w Warszawie, uzyskiwał kolejne stopnie specjalizacji w chirurgii, choć początkowo sporo wskazywało na to, że zostanie urologiem.

Jak wspominał: „Jest kilka osób, dla których mam wielki szacunek. To moi nauczyciele. Pierwszym był prof. Józef Dackiewicz, jeden z najwybitniejszych polskich urologów. Po studiach, jako młody lekarz trafiłem na jego oddział. Nauczył mnie wielu rzeczy, np. podejścia do pacjenta. Niestety wcześnie umarł. On się we mnie zakochał, bo dostrzegł, że mam talent medyczny. Koniecznie chciał, żebym został urologiem. Ale ja wolałem chirurgię. Urologia mnie nie interesowała”.

To nie do końca prawda, bo w szeregu wcześniejszych wywiadów wspominał, że chirurgia kojarzyła mu się początkowo ze „strasznie nudnym rzemiosłem”. „Coś wyciąć, dociąć, ale nie ma w tym żadnego wyzwania” – tłumaczył. 

Ale istotnie został chirurgiem, w dodatku z roku na rok coraz lepszym. Prawdziwym przełomem w jego karierze były jednak wyjazdy do USA. Po raz pierwszy poleciał tam na początku lat siedemdziesiątych, by pracować w Mercy Medical Center na Long Island, pod okiem prof. Adama Wesołowskiego – Polaka, ale z czwartego już pokolenia emigrantów. Był to problem dość istotny, bo Religa z języków obcych najlepiej znał łacinę i oczywiście obowiązkowy wówczas rosyjski. Angielskiego, owszem, uczył się, jednak już jako dwudziestoletni mężczyzna, była to więc być może znajomość umożliwiająca prostą komunikację, lecz na pewno nie pracę w tak specyficznym zawodzie, jakim jest chirurgia. Uczył się więc intensywnie i – jak się okazało – skutecznie. Przed wyjazdem w ambasadzie USA udaje mu się celująco zdać egzaminy zarówno z medycyny, jak i języka (Educational Commission for Foreign Medical Graduates).

Zarówno w Nowym Jorku, jak i innych klinikach, które odwiedzał: Massachusetts General Hospital, Houston, Cleveland Clinic, Religa nie tylko doskonalił swoją wiedzę medyczną. Przede wszystkim otworzyły mu się oczy na układy międzyludzkie i zawodowe panujące w tamtejszych szpitalach. O ile model polski był wzorowany na niemieckim, gdzie ordynator ma całkowitą kontrolę nad najdrobniejszymi nawet sprawami i dosłownie wszystko zależy od niego, to w Stanach przeciwnie – młodym lekarzom pozostawiało się tam wiele swobody i samodzielności, co uczyło ich m.in. umiejętności podejmowania decyzji i odpowiedzialności za pacjenta.

„Każdy ordynator może sobie ustawić dwór, jak mu się podoba. Tymczasem pozycja na dworze nie zawsze idzie w parze z możliwościami i fachowością poszczególnych ludzi. Spotkałem chirurgów, którzy w wieku czterdziestu lat nie wykonali jeszcze samodzielnie operacji, bo im szef nie pozwolił” – Religa komentował gorzko polską rzeczywistość i nigdy już miał się nie zgodzić na taki model pracy.

Po powrocie z USA znów znalazł się co prawda w warszawskim Szpitalu Wolskim, ale już na innych zasadach. Był już w tym momencie jedynym w Polsce lekarzem, który potrafił operować m.in. tętnice kręgowe, co stawiało go o poziom wyżej w hierarchii zawodowej. Zresztą do Polski nie wrócił na długo. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, w roku 1975, złożył wniosek o rezydenturę na oddziale kardiochirurgii w szpitalu w Detroit. Dostał ją i ten właśnie moment okazał się przełomem nie tylko dla samego Religii, lecz i polskiej medycyny w ogóle.

Myśli o przeszczepie

W Detroit Religa spotkał Adriana Kantrowitza – jednego z najwybitniejszych chirurgów na świecie, a zarazem nie mniej wybitnego pechowca. To właśnie Kantrowitz pierwszy przeszczepił człowiekowi serce w USA, a mimo to dziś prawie nikt o tym nie wie.

Religa opowiadał później o przypadku swojego mentora i przyjaciela: „Lata sześćdziesiąte. Jeszcze nikt na świecie nie przeszczepił serca. W Nowym Jorku, w szpitalu na Brooklynie, Kantrowitz ma kilkunastoletniego chłopca, idealnego pacjenta do transplantacji. Szukają dawcy. Kantrowitz nie wychodzi ze szpitala, bo w każdej chwili może być serce. Nagle przez radio przychodzi wiadomość, że Christiaan Barnard zrobił taką operację w Kapsztadzie. Następnego dnia Kantrowitz robi przeszczep. Nikt o tym nie mówi, media milczą, bo to tylko jeden dzień od zabiegu w RPA. Kantrowitz jest wielkim chirurgiem, ale przez to, że był drugi – znanym tylko wąskiemu gronu specjalistów. A przecież był pierwszym, który wszczepił stymulator serca, pierwszy zastosował balon wewnątrzaortalny, pracował nad sztucznym sercem”.

Pod okiem Kantrowitza Religa pracował bardzo intensywnie – podobno niemal nie wychodził ze szpitala. Wszyscy byli nim zachwyceni, dostał propozycję pozostania w Detroit na stałe, ale nie zdecydował się. 

„Uważałem, że jestem bardziej potrzebny w kraju niż Stanach Zjednoczonych. Dobrych chirurgów są tam tysiące. Byłbym tylko jednym z wielu, którym bardzo dobrze się powodzi” – przyznawał później. I wrócił do Polski.

Po intensywnej pracy w szpitalach amerykańskich powrót do Polski był szokiem. Przy operacjach serca niezbędne są np. aparaty do krążenia pozaustrojowego – w Polsce ich wówczas nie było. Pacjentów trzeba było więc wprowadzać w stan hipotermii, czyli schłodzić do temperatury 30 stopni, co dawało chirurgom kilka minut na operację, zanim temperatura ciała wzrosła. 

„Prof. [Wacław] Sitkowski miał znajomych inżynierów, którzy metodami chałupniczymi zrobili nam pompę do krążenia pozaustrojowego. Ale plastikowe dreny, które odprowadzają krew do pompy i utleniacza, powinny być używane tylko raz. My korzystaliśmy z nich kilkadziesiąt razy, aż zaczęły pękać. Pacjenci umierali nie z powodu błędu chirurga czy przedłużającej się operacji, ale z powodu zakażeń. To była nasza bolączka, pomimo że wszystko sterylizowaliśmy” – przyznawała Hanna Miller, pielęgniarka asystująca wówczas m.in. przy operacjach Religi.

W takich warunkach sama myśl o przeszczepie serca wydawała się karkołomna. Tym bardziej że zaledwie kilka lat wcześniej, w 1969 r., na podobny zabieg zdecydował się prof. Jan Moll z Łodzi. Okazał się on porażką – choć Moll był chirurgiem nieprzeciętnym, pierwszy w Polsce eksperymentował np. ze sztucznym sercem. Dla Religii myśl ta była już wówczas obsesją. Coraz gorzej czuł się też we wspomnianych już układach panujących w polskich szpitalach. Nawet w cieszącej się dobrą opinią Klinice Kardiologii Instytutu Kardiologii w podwarszawskim Aninie, gdzie pracował od 1980 r. Od młodości był człowiekiem energicznym i zapalczywym; w którymś momencie postanowił zaryzykować. Jak opowiadał:

„W 1981 r. poszedłem do mojego szefa prof. Wacława Sitkowskiego i powiedziałem, że musimy zacząć robić przeszczepy serca. Było to spowodowane m.in. wizytą lekarzy z Kanady, którzy przyjechali do naszej kliniki. Opowiadali o nowym leku przeciwodrzutowym – cyklosporynie – i o tym, jakie możliwości ona daje. No więc powiedziałem: róbmy przeszczepy serca, uda się. Szef odparł: Zbyszek, oczywiście będziesz je robił, ale tylko w dwóch sytuacjach: albo jak ja umrę, albo jak pójdę na emeryturę. Tylko że on do tej emerytury miał jeszcze ponad dziesięć lat, nie mogłem czekać”.

Trzy lata później Religa otrzymał propozycję objęcia Kliniki Kardiologii Wojewódzkiego Ośrodka Kardiologii w Zabrzu. Mieście prowincjonalnym, zwłaszcza z punktu widzenia Warszawy. Tam jednak był na swoim – on był szefem i mógł zbudować zespół zgodnie ze swoją wizją. I myśleć o przeszczepach serca. Judyta Watoła i Dariusz Kortko w reportażowym, ale poprzedzonym serią rozmów tekście opisują ówczesną atmosferę: „Pierwsze zebranie zespołu. – Zróbcie mi herbatę. Albo nie, mocną kawę, sypaną pół na pół z wodą – prosi Religa. Tylko taką pije. Zapala papierosa. Żadnego przydługiego przemówienia, właściwie tylko jedna obietnica: – Jak ruszymy, wszystko będzie zależało od was. To wy decydujecie, jacy będziecie”. Ach, jeszcze jedno: – Za rok zrobimy tu przeszczep serca”. 

Sława i nowe serce

Religa był konsekwentny. Zbudował zespół według swoich zasad, część ludzi przywiózł z sobą z Warszawy – znając ich charaktery i możliwości. Byli to ludzie młodzi – w Zabrzu nikt, kto miał odpowiednie umiejętności, nie musiał czekać do czterdziestki na swoją pierwszą operację. Środowisko lekarskie przyjęło to niemal jak rewolucję.

„Byli oburzeni, że u mnie dwudziestoparoletni ludzie już samodzielnie operują. To był skandal. Ale cegła z muru została wyciągnięta i teraz prawie w całej Polsce młodzi ludzie stoją już przy stole operacyjnym. Przyjąłem zasadę: wata w uszy, klapki na oczy i robię to, co uważam za słuszne” – wspominał Religa.

Za stosowne uważał też przeszczepy serca – to, prawdę mówiąc, było w Zabrzu jego głównym celem. Rzecz ciekawa, że deklarujący się jako osoba niewierząca Religa miał wiele dylematów natury właśnie religijnej. Przed podjęciem się operacji przeszczepu serca rozmawiał np. z ks. Józefem Tischnerem. Mówił mu wówczas: „Czasami patrzę w oczy pacjentowi i mówię, że go nie zoperuję. Wiem, że on umrze. Nie umiem powiedzieć, dlaczego potrafię to wyczytać, ale to prawda. Znam jego los i niestety to się sprawdza. Oczywiście jako lekarz kieruję się wskazaniami i przeciwwskazaniami. Jeśli są wskazania, zwłaszcza życiowe, to ja się podejmuję operacji, ale proszę mi wierzyć, gdy patrzę w oczy i widzę w nich śmierć, to ci ludzie zawsze umierają”.

W dalszej części rozmowy spytał księdza o etyczną ocenę przeszczepu – Tischner nie tylko nie widział problemu, lecz również obiecał, że będzie się za powodzenie zabiegu modlił. Okazja do tego trafiła się w październiku 1985 r. Józef Krawczyk chorował od kilkunastu lat, miał trzy zawały i praktycznie nie miał już siły wstawać z łóżka. Niemal jednocześnie, bo w pierwszych dniach listopada, do Szpitala Wolskiego w Warszawie przywieziono ofiarę wypadku motocyklowego, młodego chłopaka; jego mózg nie pracował, a serce biło wyłącznie dlatego, że podtrzymywano jego akcję sztucznie. Powiadomiony o tym Religa natychmiast pojawił się w Warszawie, szybko załatwił formalności, w tym zgodę matki, i we wtorek 5 listopada przed piątą rano można było przystąpić do operacji. Po sześćdziesięciu dwóch minutach było już jasne, że przeszczep się udał.

Okazało się jednak, że Religa w USA nie tylko nauczył się doskonale operować i był już chirurgiem wybitnym, ale też zrozumiał siłę mediów. Niemal wprost z sali operacyjnej zawiadomił prasę i radio. Następne dni przyniosły nieustającą serię telefonów, gratulacji i wywiadów. Religa był na ustach całej Polski. Entuzjazm nie minął nawet wówczas, gdy Józef Krawczyk umarł tydzień później. Wiadomo było, że operacja się udała i serce pracowało jak należy – w tym wypadku zawiniła wątroba, która zareagowała krwotokiem na podane leki przeciwodrzutowe. Następny pacjent umarł po miesiącu, ale i w tym przypadku nie serce, lecz nerki były przyczyną zgonu. Dopiero czwarty pacjent opuścił szpital o własnych siłach.

„Zawsze będę pamiętał, z jakim poparciem społecznym się spotkałem. W marazmie lat osiemdziesiątych, gdy było cały czas źle i nic się nie dało, nagle stało się coś dobrego. Ludzie byli z nas dumni” – wspominał Religa.

I rzeczywiście byli gwiazdami. Otrzymali dofinansowanie i nowy sprzęt, milicjanci odpuszczali im mandaty, a gazety rozpisywały się o każdym sukcesie. Ale nie było to puste gwiazdorstwo. Młody zespół nakręcony sukcesem pracował ze zdwojoną energią. Dość wspomnieć, że w Zabrzu wykonywało się tyle operacji, ile w Warszawie i Krakowie razem. Czując wsparcie, Religa nie obawiał się też eksperymentować. W 1991 r. np. po raz pierwszy podłączył sztuczne serce u chorego oczekującego na dawcę narządu – z pełnym powodzeniem. 

Dość zaskakującą ciekawostką jest w kontekście sławy chirurga to, że zabrzańska bezpieka właśnie w tamtym momencie – dopiero tamtym – zakłada mu teczkę i zaczyna go prześwietlać. Jedno tylko w tej sprawie jest jasne. Kryptonim. Sprawa została nazwana „Unikat”.

W polityce

Rodzice prof. Religi, co sam przyznawał, byli typowymi socjalistami o poglądach PPS-owskich, on sam początkowo podobnie – na to wskazuje choćby jego uznanie dla działalności Jacka Kuronia. Ale zawsze było to bardziej społecznictwo niż polityka, od której zajęty pracą raczej stronił, choć nie wahał się wykorzystywać jej w celu uzyskania wsparcia badań. Pod koniec lat osiemdziesiątych dość często można było zauważyć go na zdjęciach obok Wojciecha Jaruzelskiego, był zaangażowany w działalność Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego, a w wyborach 1989 r. wystartował do Senatu – jako niezależny, ale z poparciem PZPR. Choć jednocześnie w latach Karnawału „Solidarności” manifestował się z sympatią dla ruchu. Po latach cynicznie przyznał: „Największą pomoc miałem zawsze od czerwonych, a nie od swoich”. W innym z kolei wywiadzie dodał w tej kwestii: „Dzisiaj mogę śmiało powiedzieć, że robiłem najrozmaitsze głupoty. Byłem amatorem, bez żadnego doświadczenia”.

Po upadku komuny zaczęła upadać cała polska służba zdrowia, a wraz z nią zabrzańska klinika. Renoma chirurga była jednak tak duża, że wkrótce znalazł dofinansowanie m.in. ze źródeł prywatnych. W 1991 r. Religa założył Fundację Rozwoju Kardiochirurgii, której najbardziej widoczną formą aktywności była organizacja koncertów naprawdę imponujących gwiazd. Dość wspomnieć, że pierwszą z nich był słynny tenor Plácido Domingo, drugą zaś José Carreras. Ważniejsze było jednak to, że dzięki nim fundacja zaczęła zarabiać pieniądze, które inwestowano w prace nad biologicznymi zastawkami, a przede wszystkim polskim sztucznym sercem. Pierwsze Religa Heart zostanie wszczepione przez syna Religi, dr. Grzegorza Religę w 2013 r.

Zbigniew Religa nie ograniczał się jednak do spraw czysto praktycznych. Równolegle rozwijała się jego kariera naukowa. Doktorat zrobił w roku 1973, habilitację w 1981 r., tytuł profesora nauk medycznych otrzymał zaś w roku 1995. W 1999 r. został wybrany na rektora Śląskiej Akademii Medycznej. 

Próbował też sił w polityce. W 1993 r. na osobistą prośbę Lecha Wałęsy przystąpił do Bezpartyjnego Bloku Wspierania Reform i z jego listy ponownie kandydował do Senatu – tym razem skutecznie: otrzymał pół miliona głosów. Mimo to opuścił BBWR i wkrótce zarejestrował swoją partię Republikanie, która w wyborach 1997 r. weszła w sojusz z Unią Polityki Realnej, po wyborczej porażce zaś – ze Stronnictwem Konserwatywno-Ludowym. Wszystko to nie przyniosło rezultatów. Rozczarowany Religa na kilka lat znikł z polityki, ale nie stracił w tym kierunku ambicji. Nieco z zaskoczenia w 2005 r. zdecydował się kandydować na urząd prezydenta RP. Znów bez powodzenia. Rozczarowany siedmioprocentowym wynikiem postanowił poprzeć Donalda Tuska.

Mimo wątpliwości wobec Prawa i Sprawiedliwości zdecydował się w 2005 r. przyjąć tekę ministra zdrowia w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza, a następnie Jarosława Kaczyńskiego. Od początku jednak zarysował się konflikt między nim a partią. Religa nie zamierzał np. likwidować Narodowego Funduszu Zdrowia, był też przeciwny finansowaniu szpitali z budżetu państwa. Mimo to przygotował plan reformy służby zdrowia. Po części wymuszony gwałtownymi protestami lekarzy, do jakich doszło wkrótce po objęciu przez niego ministerstwa. Wiele wskazuje jednak na to, że Relidze naprawdę zależało na wprowadzeniu reform i wierzył w ich sens.

Forsował swoje pomysły nawet wówczas, gdy w marcu 2007 r. wykryto u niego nowotwór płuc. Kiedy w czerwcu wyszedł ze szpitala po operacji, dziennikarka „Dziennika” zapytała go, jak się czuje. Odpowiedział: „A jak pani myśli? Chyba nie wyglądam na człowieka, który czuje się źle. Mam się bardzo dobrze, z zapałem myślę o przyszłości”. W dalszej części rozmowy bagatelizował chorobę:

„Przecież w moim wieku ludzie mają guzy w płucach, raka żołądka, albo zawał i to jest zupełnie normalne. A poza tym każde życie się kiedyś kończy. Czasem w wypadku samochodowym, choć w moim wieku zazwyczaj jest to miażdżyca albo rak. Nie mam miażdżycy, ale spotkał mnie rak” – mówił lekceważąco.

W lutym następnego roku stan profesora się pogorszył. Deklarował wówczas: „Zamierzam wrócić do pracy jako zdrowy człowiek. Rezygnację traktowałbym jako ucieczkę od problemu. Właśnie w sytuacji kiedy są strajki, nie będę uciekał. Przez kilka tygodni nie będzie mnie w ministerstwie, ale będę podejmował decyzje”.

Zmarł 8 marca 2009 r.

Prof. Zbigniew Religa 18 grudnia 2008 r. został przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego odznaczony Orderem Orła Białego. (PAP)

Na podstawie:
D. Kortko, J. Watoła, „Religa. Biografia najsłynniejszego polskiego kardiochirurga”, Warszawa 2014
K. Bochenek, D. Kortko, „Dobry zawód. Rozmowy z lekarzami”, Kraków 2006
Wywiady z: „Gazeta Wyborcza” i „Dziennik”

jiw/ skp/

Wszelkie materiały (w szczególności depesze agencyjne, zdjęcia, grafiki, filmy) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Materiały te mogą być wykorzystywane wyłącznie na postawie stosownych umów licencyjnych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, bez ważnej umowy licencyjnej jest zabronione.
Do góry

Walka
o niepodległość
1914-1918

II Rzeczpospolita

II Wojna
Światowa

PRL