01.05.2011 aktualizacja 12.08.2016

Friszke: Papież miał ogromny wpływ na solidarnościową rewolucję

Papież nie doprowadził do solidarnościowej rewolucji, ale miał na nią ogromy wpływ - mówi w rozmowie z PAP, historyk z Polskiej Akademii Nauk prof. Andrzej Friszke.

Friszke

PAP: Jaką rolę odegrał w historii Polski papież Polak? Czy bez niego nie byłoby Solidarności?

 

Prof. Andrzej Friszke: Niewątpliwie wybór kard. Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową, a następnie jego pierwsza wizyta w ojczyźnie w czerwcu 1979 r. miały ogromne znaczenie dla późniejszych zmian w Polsce. Te dwa wydarzenia dostarczyły polskiemu społeczeństwu autorytetu, poczucia jedności, dumy narodowej, alternatywnego środka odniesienia do tego, co było peerelowską codziennością: władzy partii i całego jej sztafażu ideologicznego. Papież stał się tym, wokół, którego mogło się budować poczucie „my”, a nie tylko poczucie „oni”.

 

PAP: Czego Polacy doświadczyli podczas spotkania z papieżem w czerwcu 1979 r.?

 

A.F.: Sama wizyta z czerwca 1979 była bardzo ważna dla integracji społeczeństwa, tzw. przeciętnych ludzi. Liczne pielgrzymki wiernych zmierzające na papieskie msze, samoorganizacja w miejscach spotkania z papieżem, wytwarzanie poczucia dyscypliny w tłumie - dyscypliny polegającej na tym, że skoro jesteśmy razem, musimy przyjąć pewne normy zachowania i działania, aby było nam wszystkim lepiej, a nie dyscypliny narzuconej z zewnątrz. To wszystko wytworzyło pewną więź miedzy ludźmi, rozbudziło wzajemne zaufanie i chęć wspólnego przeżycia tych spotkań. Nie bez znaczenia była też późniejsza pamięć tego wspólnego bycia z papieżem. Ujawniała się ona m.in. w „rytuałach” strajkowania. W manifestowaniu solidarnościowej tożsamości możemy odnaleźć wiele elementów, które zostały wypracowane podczas papieskich pielgrzymek. Chodzi tu np. o kwiaty, którymi ozdabiano bramy protestujących zakładów, portrety Jana Pawła II, obrazy Matki Bożej, ale też sposób działania na zasadzie spokojnej determinacji, unikania kłótni, awantur, napięć. Momenty szczególnego bycia razem, które zostały zapamiętane z pielgrzymek budowały także pewną formułę ruchu solidarnościowego.

 

PAP: Lech Wałęsa miał rację, kiedy powiedział włoskiemu dziennikowi "La Repubblica", że zasługi Jana Pawła II w obaleniu komunizmu w Polsce są bardzo duże, ale nie należy z tym przesadzać?

 

A.F.: Papież nie doprowadził do rewolucji w takim sensie, że ją przygotował, a nawet, że ją przepowiedział. On odwołał się do pewnych wartości, do podmiotowości człowieka. Ale wybuch strajku sierpniowego, postulaty wówczas zgłoszone, strategia prowadzenia protestu były dziełem twórców protestu w stoczni gdańskiej i innych ośrodkach w kraju, a później założycieli Solidarności. Oni sami, metodą prób i błędów, wypracowali pewne mechanizmy. Jednak rola papieża i jego autorytetu nie była wówczas bez znaczenia. Przeciwnie miała wpływ na przebieg solidarnościowej rewolucji. Taką fundamentalną sprawą było przyjęcie przez kierujących strajkami i ich uczestników zasady walki bez przemocy. To była rzecz niezwykle fundamentalna. Miała ona swe źródło nie tylko w przemyśleniach opozycji demokratycznej, ale – przede wszystkim, jeżeli idzie o przyjęcie jej przez szerokie masy – w nauczaniu Jana Pawła II.

 

PAP: To znaczy, że po części papieżowi należy zawdzięczać, że rewolucja Solidarności była bezkrwawa?

 

A.F.: Polacy nie mogliby zrobić papieżowi czegoś takiego, jak zastosowanie przemocy. Było dokładnie tak, jak mówię. Istniało bowiem poczucie pewnej więzi, obopólnego zobowiązania. Wyrażało się ono w przekonaniu, że on tam w Watykanie o nas myśli i stara się nam pomóc, ale my jemu jesteśmy też coś winni. Nie możemy zrobić czegoś, co byłoby bardzo przeciwne jego naukom, czyli np. zastosować przemoc.

 

PAP: Papież, jak sam to ujął w jednym z pierwszych oficjalnych wystąpień do Polaków, mówił nie tylko do nich, ale i za nich.

 

A.F.: Ta papieska wypowiedź była dobrze znana w elitach solidarności. Nie wiem, na ile była znana w społeczeństwie, ale jestem przekonany, że intuicyjnie wyczuwał to każdy Polak, że oto nagle, po wielu wiekach, Polska otrzymała rzecznika swojej sprawy na tak wysokim, ogólnoświatowym szczeblu. Otrzymała tego, który swobodnie rozmawia z najważniejszymi osobami tego świata i który będzie nas bronił. Sądzę, że takie było myślenie. Istniało nawet takie potoczne przekonanie, że możemy nawet sobie na więcej pozwolić w walce o wolność, bo mamy swego rzecznika w Watykanie. On nie dopuści, by nas skrzywdzono. I prawdę mówiąc, takie myślenie było uzasadnione.

 

PAP: Jakie są fakty?

 

A.F.: To co wiemy, a niestety jest to niewiele, bo nadal wiele spraw jest tajemnicą watykańską, papież rzeczywiście upominał się o Polskę. Podkreślał w publicznych wystąpieniach, a także podczas rozmów z głowami państw, zwłaszcza swój sprzeciw wobec możliwej interwencji wojskowej w Polsce. I to miało znaczenie, bo stanowisko Stolicy Apostolskiej było ważne, przede wszystkim w wymiarze moralnym. Głos Stolicy Apostolskiej musiał być uwzględniany nawet przez tych, którzy byli od niej – w sensie ideologicznym i politycznym - daleko.

 

PAP: Głos Watykanu znajdował wsparcie w Waszyngtonie szczególnie za prezydentury Ronalda Reagana.

 

A.F.: Ale wcześniej został nawiązany kontakt ze Zbigniewem Brzezińskim [doradcą prezydenta USA Jimmy’ego Cartera ds. bezpieczeństwa– PAP]. Pisze o tym sam Brzeziński. Ważne, by przez chwilę przyjrzeć się naturze tego kontaktu: papież, czyli głowa Kościoła katolickiego utrzymuje kontakty z głowami innych państw. Ale w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi sytuacja była o tyle szczególna, że po tamtej stronie był także Polak, czy Amerykanin polskiego pochodzenia, który miał wpływ na politykę amerykańską.

Kiedy w sierpniu 1980 r. powstały w Polsce sytuacje kryzysowe, kiedy cały świat się zastanawiał do czego doprowadzą strajki, czy od razu nie dojdzie do przemocy, było naturalne, że kontakty między Waszyngtonem i Watykanem zostały podjęte.

Gdy zmieniła się administracja amerykańska w 1981 r. i przyszedł Ronald Reagan, te relacje były kontynuowane. Szczegóły pozostają tajemnicą. Z relacji amerykańskiego prezydenta wiemy jedynie o jego kontaktach z papieżem po 13 grudnia 1981 r. Wiemy, że były to konsultacje na temat, jak powinien reagować świat na to, co się dzieje w Polsce.

 

PAP: A czy za słowami i działaniami dyplomatycznymi szły czyny? Czy papież i Stolica Apostolska wspierali finansowo Solidarność?

 

A.F.: Nie mam żadnych danych ku temu, by twierdzić, że Stolica Apostolska finansowała Solidarność. Nie sądzę, by była to taka prosta droga, że ktoś komuś daje pieniądze w kopercie na działalność opozycyjną. To nie na tym polegało. Oczywiście, mogła być pomoc dla poszczególnych ludzi, którzy się znaleźli w stanie wojennym na Zachodzie, dla instytucji, lecz nic na ten temat nie wiemy. Ale chyba nawet nikt w Polsce nie oczekiwał od Watykanu, że będzie płacił opozycji. Bo z jakiej racji? Komu i za co?

 

PAP: Od pieniędzy ważniejsze było wsparcie polityczne i moralne?

 

A.F.: Bardzo istotne było to, co działo się od 13 grudnia 1981 r. aż do 1989 r. Jan Paweł II wyrażał sprzeciw wobec stanu wojennego, upominał się o prawa Polski i Polaków, przypominał o więźniach politycznych, ale zarazem starał się nie zrywać dialogu z rządzącymi. I chociaż w 1982 r. nie został wpuszczony do Polski, to pielgrzymka odbyła się w czerwcu 1983 r. Miała ona ogromne znaczenie. Bo w kraju, w którym załamywał się duch, dominowało poklęskowe poczucie, a papież niósł pocieszenie i ustawiał całą perspektywę polskiego doświadczenia w wymiarze historycznym. Ta wizyta miała także swój wymiar pragmatyczny. Jan Paweł II stawiał twardo wobec władz, wobec gen. Wojciecha Jaruzelskiego, problem wypuszczenia więźniów politycznych. Nie uczyniono tego przed pielgrzymką, ale zaraz po niej. W lipcu 1983 r. w wyniku amnestii uwolniono ogromną większość więźniów politycznych. I potem starania papieża, zarówno oficjalne jak i nieoficjalne, koncentrowały się na uwolnieniu więźniów politycznych.

 

PAP: Zakończyły się sukcesem?

 

A.F.: Wytworzyła się taka sytuacja, że władze PRL szukając elementów legitymizacji, spokoju społecznego, dobrych stosunków z Kościołem i papieżem, powracały do tych aktów amnestyjnych. Najważniejsza była amnestia z 1986 r., kiedy wypuszczono wszystkich więźniów politycznych i przestano zamykać z przyczyn politycznych. Natomiast Jan Paweł II zgodził się przyjąć w Watykanie gen. Jaruzelskiego. Audiencja w styczniu 1987 r. otwierała gen. Jaruzelskiemu drogę do innych stolic dyplomatycznych Zachodu. Papież, w pewnym sensie, za tę amnestię wprowadzał Jaruzelskiego w politykę światową.

 

PAP: Jaki był kolejny krok?

 

A.F.: Jaruzelski wpuścił papieża do Polski w 1987 r. z trzecią pielgrzymką. A ta pielgrzymka miała bardzo istotne znaczenie dla ożywienia społecznego w Polsce, dla odbudowy ruchu solidarnościowego i dla późniejszych przemian roku 1989.

 

PAP: W okresie między pielgrzymkami Jan Paweł II śledził z uwagą sprawy polskie?

 

A.F: Papież był w Watykanie stale informowany o tym, co dzieje się w Polsce. To nie było tak, że był daleko. Ten kontakt był bliski i stały. Nie chodzi tylko o przedstawicieli episkopatu, księży, którzy byli niejako łącznikami między opozycją a Kościołem, ale również o świeckie środowiska katolickie. Papież nie tylko interesował się na bieżąco kolejnymi działaniami władz i Solidarności. Nie tylko czynił gesty np. w postaci spotkań z Lechem Wałęsą w 1983 r. i w 1987 r. To był gest bardzo daleko idący. Ale też dawał zrozumienie i poparcie dla tego nurtu Solidarności, który się skupiał wokół Lecha Wałęsy i tzw. doradców, którzy później poprowadzili kompromis 1989 r. Należy powiedzieć, że papież śledził, to co się działo w Polsce w czasie głównych przemian w 1989 r., a po zakończeniu obrad okrągłego stołu przyjął w Watykanie delegację złożoną z głównych liderów solidarnościowych na te rozmowy: czyli Tadeusza Mazowieckiego, Bronisława Geremka i prof. Witolda Trzeciakowskiego.

Jednym słowem było tak, że polityka solidarnościowa odbywała się z założeniem, że papież jest za nami, sprzyja tym działaniom, temu kierunkowi, temu sposobowi rozwiązywania spraw. Bo nauka papieża była taka: że trzeba zmieniać kraj, że trzeba bronić praw człowieka, praw robotników, budować solidarność. To słowo miało w jego ustach wielkie znaczenie. Chodziło o uznanie ładu społecznego na gruncie określonych wartości. I walka szła o ich uznanie, a nie o eliminację jednej ze stron.

Rozmawiał Wojciech Kamiński

wka/ mlu/

Zapraszamy do obejrzenia wywiadu z prof. Andrzejem Friszke.

Wszelkie materiały (w szczególności depesze agencyjne, zdjęcia, grafiki, filmy) zamieszczone w niniejszym Portalu chronione są przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Materiały te mogą być wykorzystywane wyłącznie na postawie stosownych umów licencyjnych. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie przez użytkowników Portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, bez ważnej umowy licencyjnej jest zabronione.
Do góry

Walka
o niepodległość
1914-1918

II Rzeczpospolita

II Wojna
Światowa

PRL